niedziela, 8 lutego 2015

Łazienki remontu ciąg dalszy...

Kochani, prawie miesiąc nie wspominałam o postępach w remoncie, więc pora to nadrobić. Tym bardziej, że trochę się nadziało. 
Zacznę od łazienki, bo to na niej jest teraz skupiona nasza uwaga i wszystkie siły. Przez ten czas została podciągnięta ciepła woda, skuto tynk za ścian, rozprowadzono ogrzewanie podłogowe i przewody elektryczne. 





W tym czasie przyjechał nasz kuzyn Łukasz (wspominałam już o Nim wcześniej) i podjął się skucia tynku z sufitu, na którym tak bardzo mi zależało, żeby go odsłonić. Okazało się, że cegły są w dobrym stanie! :) Trzeba je tylko oczyścić i będzie piękny.  Chociaż dla mnie już wygląda pięknie. Łukaszku - dziękuję!!! :)))



Teraz zajmujemy się (no, dobra, szumnie powiedziane  :), oczywiście, że mój P. się tym zajmuje, a mianowicie tynkowaniem ścian w łazience. Na razie jedna, ale prace są w toku. Jak widzicie pod czujnym okiem Pyńka. Dobry nadzór budowlany, to podstawa! :)











niedziela, 1 lutego 2015

Czworonożni mieszkańcy Domu cz. 6 - coś o kozach

      Kiedy w lipcu przywieźliśmy kozy, nie maiłam bladego pojęcia o ich zwyczajach, zachowaniu, o hodowli i pielęgnacji. Wszystkiego uczyłam się obserwując je, przebywając z nimi i korzystając z wiedzy, którą znalazłam w fachowej książce o hodowli zwierząt mojego P.

      W naszym stadzie, bez wątpienia, przywódcą jest najstarsza koza, Sonia.


To ona decyduje, gdzie pasą się w ciągu dnia, kiedy wychodzą z koźlarni i kiedy do niej wracają. Zasada jest taka - gdzie Sonia, tam pozostałe kozy.


Sonia ma podobno 6 lat i jest spokojną, zrównoważoną kozą. Ma niesamowicie mądre spojrzenie, poprzez które nawiązuje dialog. Jej ulubionym zajęciem jest obserwowanie ludzi. Podczas, gdy inne kozy łapczywie pożerają roślinki, ona potrafi stać dłuższą chwilę bez ruchu, przyglądając się nam. Ja dosłownie wyczuwam jej wzrok na sobie. Hipnotyzerka jedna..... :) Kochana.... :)





Sonia jest niesamowitym pieszczochem :) Gdy tylko pojawię się na dworze, zaraz podchodzi i przytula się głową do mnie w oczekiwaniu na czułości. Tylko łeb przechyla na wszystkie strony, jakby prosiła: Więcej........ Jeszcze tu....... I jeszcze troszeczkę....... O tak, tu jest dobrze..... :)





           Koziołek Feluś w stadzie ma niewiele do powiedzenia, bo to kozy w nim rządzą. Tak naprawdę kozioł jest potrzebny im tylko do powiększania stada i wcale nie musi z kozami przebywać na co dzień. Kozioł powinien być z dala od kóz, a w czasie rui powinno się kozy do niego zaprowadzać. Wiadomo po co :) Sutenerstwo, słowo daję! :) :) :) Kiedy więc kozy mają ruję, wtedy wytwarza on feromony, którymi je uwodzi, a które wpływają podobno na smak mleka. Mimo, że nasz Feluś, ze względów mieszkaniowych, przebywa z kozami cały czas, to smak mleka się nie zmienił, ale być może dlatego, że jest on młodym koziołkiem. Chociaż, powiem Wam szczerze, że mimo młodego wieku, to aromat jego feromonów jest naprawdę bardzo nieprzyjemny. Z daleka był wyczuwalny. Nie chcę nawet wyobrażać sobie zapachu starego kozła :) Bleee..... Dlatego podjęliśmy decyzję o domku dla Felka, gdzieś na niedalekim uboczu. Gdzieś poza zasięgiem naszego powonienia :)



Feluś jest stworzeniem zaczepnym i jak prawdziwy kozi facet lubi się sprawdzać. Zachodzi mi na przykład drogę, wystawia rogi i czeka na reakcję. Jeśli idę dalej śmiało, wymijając go lub odsuwając kozi łeb na bok, to niechętnie, ale odpuszcza. Pewnie taka próba sił, ale czy on nie widzi, że ja jestem kobietą? :)

          Mela (skrót od Melanii) natomiast, to córka Sonii. Wiosną będzie miała dwa lata. Od momentu, kiedy przywieźliśmy Sonię, one trzymają się razem. I jeśli wcześniej nie widziałam podobieństwa między nimi, to teraz jest ono widoczne gołym okiem. Mela bardzo upodabnia się do matki. Spójrzcie..... 



Melusia jest na razie naszą jedyną dojną kózką. Bo wiedzieć musicie, że kozy doi się dopiero gdy urodzą koźlątko. Przez kilka tygodni mama karmi go i jeśli chcemy pozyskiwać mleko dla siebie, to młode odstawiamy od cyca. Im dłużej koźlątko ssie, tym mniej mleka produkuje koza, bo potrzeby oseska są coraz mniejsze. Jak u ludzi :) Jeśli my przejmujemy cycuchy, laktacja utrzymuje się dalej. Potem od sierpnia do listopada kozy mają ruję i jeśli dojdzie do zapłodnienia, na dwa miesiące przed porodem, kozy się zasusza, czyli przestaje doić. Następnie rodzi się koźlątko.....I tak w kółko....... 
Nasz Feluś próbował w tej gestii stanąć na wysokości zadania, ale wydaje mi się, że jest jeszcze zbyt młody i chyba niewiele zwojował.... :)

       Pela (skrót od Pelagii) jest bliźniaczą  siostrą Felusia i tak jak on jest najmłodszą kózką w naszej rodzinie. Ale co dziwne, to Pelcia jest na najniższym szczeblu w hierarchii stada. Jest przeganiana przez inne kozy, gdy dostają coś do jedzenia czy picia. Pozwalają jej podejść wtedy, gdy one zaspokoją głód, gdy przeważnie już nic nie zostaje. I pewnie dlatego jest przeze mnie trochę faworyzowana. Uwielbiam je wszystkie, ale Pelusi jest mi trochę żal, więc zawsze podsuwam jej jakiś smakołyk tak, żeby inne nie widziały. Nie ładnie! Powiecie. Wiem, ale tak już mam, staję w obronie pokrzywdzonego. Dla niej jest to z pewnością normalne, ale z mojego punktu widzenia, z punktu widzenia człowieka, to totalna dyskryminacja. I serce mi się kraje...... To Mela najbardziej jej dokucza, ale na szczęście Pela zaczęła się stawiać i też pokazuje różki :) nie godząc się na wszystko. I dobrze. Moja Peluchna.... Dzielna dziewczynka.....


            Mówię Wam, książkę można by napisać...... Uwielbiam te nasze kózki....... Mogłabym je godzinami podpatrywać i opowiadać o nich........ Zostawię jednak coś na zaś....... :)

Pozdrawiam Was cieplutko, Kochani :)

środa, 28 stycznia 2015

Zimą też kwitną jabłonie.....

                                                  Dlaczego zimą o jabłoni?
       Trochę dlatego, że już zaczynam planować założenie ogrodu....... warzywnego.... kwiatowego..... no i sadu oczywiście. Trochę dlatego, że kwitnąca jabłoń jest jednym z moich ulubionych drzew. I po trosze też dlatego, że pomimo iż jakiś czas temu wybiła północ, objadam się pyszną szarlotką i...... zatracam się w marzeniach...... i wracam wspomnieniami do dzieciństwa oraz upalnego lata i cudownie kolorowej jesieni w Domu pod Macierzankowym w ubiegłym roku.....
      Już jako dziecko marzyłam o spacerach wśród kwitnących jabłoni.... ja w zwiewnej sukience...... płatki kwiatów leniwie opadające na moje włosy.... pod stopami soczyście zielona trawa..... nad głową białe korony przysłaniające błękit nieba...... 


Wszystkie wakacje przez całe swoje dzieciństwo i wczesne lata młodości spędzałam na wsi u prababci Stefci lub cioci Zosi, siostry mojej babci. Tam byłam najszczęśliwsza. Razem z Gosią, córką cioci Zosi (pozdrawiam Was dziewczyny serdecznie), która notabene jest moją ciocią pół roku młodszą ode mnie :) wdrapywałyśmy się na największą jabłonkę w ogrodzie, rozsiadałyśmy się wygodnie i machając nogami, opychałyśmy się jej owocami. Przesiedziałyśmy i przegadałyśmy tam mnóstwo godzin..... To były czasy..... Wspominam je z rozrzewnieniem. 


         W naszym ogrodzie rosną trzy jabłonki. Wiekowe staruszki.... Każda z nich obdarza nas innym rodzajem jabłek. 


Ta tutaj rośnie po zachodniej stronie ogrodu, a jej jabłka są niesamowicie słodkie i soczyste. Zjadaliśmy je wprost zerwane z drzewa.




Jest ona też ulubionym miejscem harców Myńka i Pynka. Uwielbiają wdrapywać się na nią z rozbiegu i ganiać po gałęziach. Niestety wszystkie zdjęcia z tych kocich zabaw są niewyraźne.... 

Tutaj  Myniuś własnie zeskoczył z owej jabłonki
i spogląda na Pyniusia

Miło będzie latem wypoczywać w jej cieniu..... Już to widzę oczyma wyobraźni..... Mały okrągły stoliczek nakryty kwiecistym obrusikiem, spod niego wystaje biały, z koronkową falbaną, do ziemi..... na nim talerzyki, filiżanki, dzbanek z orzeźwiającą miętą, przed chwilą zerwaną z ogródka..... kwiaty w wazoniku.... krzesełka z białymi poduszkami......  rozsiadam się wygodnie..... koty leniwie rozkładają się u moich stóp..... wsłuchuję się w odgłosy przyrody..... sięgam po ulubioną książkę i...... zatracam się......

       Na zdjęciu poniżej, po jego prawej stronie jest jabłonka, która jest chyba najstarszą z nich wszystkich. Rośnie od południowej strony ogrodu. Jej konary są powyginane i splątane, a jabłuszka bardzo kruche i słodkie. Najczęściej wykorzystywałam je do przygotowania wątróbki i dżemu na szybko, kiedy dzieciom chciało się coś słodkiego do chleba.


A tutaj jabłonka jest po lewej stronie

       Ta natomiast, przy schodkach do ogrodu, moja ulubiona, rodzi owce dosyć kwaśne, ale doskonałe na kompot, który latem, w lipcowe upały wyjątkowo gasił nasze pragnienie. Wtedy też skrywaliśmy się w cieniu jej korony, przed prażącymi promieniami słońca. Siadałam na nagrzanym murku, dzieci bujały się na huśtawce zawieszonej na jednym z jej konarów i czerpałam niewyobrażalną radość i szczęście z tej chwili. Czułam, jakby czas się zatrzymał..... 



Wiosną jabłoń czarowała nasze oczy tysiącem kwiatów, które przy lekkim podmuchu wiatru, niczym płatki śniegu, opadały na ziemię...... 



Teraz wyobrażam sobie, że w ciepły wiosenny dzień leżę pod nią na wygodnym leżaku.... promyki słońca nieśmiało przebijają się przez kwiaty i soczyście zielone, młode listki..... delikatnie pieszczą moją twarz.....


 lekko przymrużam oczy i wsłuchuję się w radosny śpiew ptaków..... wokoło roztacza się cudownie delikatna woń kwiatów, która wabi niezliczone rzesze owadów, upajających się jej słodkim nektarem...... słyszę trzepot ich skrzydeł..... ciche bzyczenie, które miesza się z ptasimi trelami..... napawam się tym jedynym w swoim rodzaju koncertem..... koncertem natury..... tylko dla mnie..... Masz ochotę się przyłączyć? Zapraszam...... Wystarczy, że przymrużysz oczy.....

W marzeniach wszystko jest możliwe.... W moich jabłonie kwitną też zimą.... :)