poniedziałek, 22 lutego 2016

NASZA DROGA POD MACIERZANKOWE WZGÓRZE

     
      Każdy z nas kroczy swoją własną drogą. Czasami jest ona prosta, bez żadnych przeszkód, czasami długa i zawiła. Zdarza się również, że stajemy na rozdrożu i nie wiemy, którą z dróg wybrać. Zdajemy się wtedy na los, przypadek, dobrą radę, czy jakiś znak, albo po prostu podejmujemy świadomą decyzję. 
Droga, na którą wkroczyliśmy pewnego lata okazała się dla nas początkiem czegoś nowego. Na niej rozpoczęliśmy kolejny rozdział naszej Księgi Życia


       Był rok 2012, pogodny lipcowy dzień. Tego lata wyruszyliśmy w poszukiwaniu naszego miejsca na ziemi. O okolicznościach, które doprowadziły nas pod Macierzankowe Wzgórze pisałam dużo wcześniej, ale jeśli nie pamiętacie zajrzyjcie TUTAJ,
Lato było wtedy deszczowe, lecz tego dnia świeciło słońce. Z asfaltowej drogi zjechaliśmy na drogę piaszczystą, między polami porośniętymi zbożem. Od początku zachwyciły mnie widoki, jakie rozpościerały się wokoło. Pola, łąki, las w oddali......... Przestrzeń......... To był jeden z punktów na naszej liście. W miarę, jak jechaliśmy dalej, podobało mi się coraz bardziej. Trawy i zboża lekko kołysały się na wietrze, niczym ruchome kobierce. Przydrożne kłosy, rumianki i bławatki w pokłonie schylały się ku ziemi. Przebiegła mi wtedy przez głowę myśl, że było by miło przechadzać się tą drogą, trącając dłonią ich kwiaty. Dwa lata póżniej tak właśnie robiłam, albo jeżdziłam tamtędy na rowerze do wsi po chleb. Słońce pieściło moją twarz swymi promieniami, wiatr rozwiewał włosy, skowronek radośnie śpiewał nad polami...... Nikogo w zasięgu wzroku........ Tylko zieleń ukwieconych łąk, lekko kołyszące łany zbóż, ja i ta droga. I serce przepełnione radością, że takie maleńkie marzenia, myśli zaledwie, które kiedyś tam zakiełkowały w głowie, mogą się spełniać, są w zasięgu ręki. A może to magia........ Może to miejsce było nam pisane, czekało na nas? A może już kiedyś chodziłam tą drogą? W swoich snach, albo w poprzednim życiu?

      Wiecie, tylko jakoś ta magia przestaje działać deszczową jesienią i wczesną wiosną, po roztopach. Wtedy droga przypomina mi, podobnie, jak niektórym z Was, sceny z filmu "Noce i dnie", kiedy Bogumił i Barbara brodzą w błocie po tym swoim Serbinowie. Od dziecka uwielbiałam ten film. Zachwycałam się wtedy pięknymi sukniami, koronkowymi parasolkami, starymi dworkami i ich pięknymi wnętrzami. Już wtedy byłam przekonana, że urodziłam się nie w tym stuleciu.......
A kiedy teraz przemierzam naszą drogę na pieszo cztery razy dziennie, przedzierając się przez błoto i kałuże, to nieodłącznie towarzyszą mi nie tylko te migawki z błotem pod nogami bohaterów, ale przede wszystkim Walc Waldemara Kazaneckiego, muzyczny motyw przewodni filmu. No, a jeśli ten Walc, to oczywiście moja ukochana scena, kiedy Toliboski, pełny poświęcenia, zrywa nenufary brodząc w sadzawce w swym pięknym białym garniturze i klęka przed Barbarą z ich naręczem. Ech, jakież to romantyczne....... Która z Was, moje Drogie, nie chciałaby być na Jej miejscu? TUTAJ możecie sobie ten fragment przypomnieć.

        To taki swego rodzaju proces skojarzeniowo - myślowy u mnie: błoto - "Noce i dnie" - walc - przystojny Toliboski - nenufary - miłość. Skoro więc zabłocona droga w moim pokrętnym sposobie myślenia, kojarzy mi się z czymś tak pięknym, to nie powinnam się czepiać. Prawda? Kiedy jednak zagrzebujemy się samochodem w tym "serbinowskim" błocie, albo idąc zostawiam w nim kalosz, lub kiedy trzeba iść prawie kilometr po przesyłkę, bo kurier nie wjedzie, ponieważ boi się, że utknie - to już nie jest tak pięknie i romantycznie. Cały czar wtedy pryska i nie pomaga nawet stu Toliboskich z tysiącem nenufarów. Najgorzej jest kiedy trzeba gdzieś dojechać na godzinę, na przykład do lekarza z chorym dzieckiem lub do miasta na bus. Zawsze wtedy mam duszę na ramieniu, czy aby zdążymy, czy nie utkniemy, i na jak długo. Boję się nawet pomyśleć, co by było, gdyby kiedyś pogotowie nie dojechało do nas na czas przez stan tej drogi....... Tfu, tfu, tfu........ I odpukać w niemalowane.......









         Droga jest gminna, więc od dwóch lat piszemy podania do Urzędu Gminy o jej naprawienie. W ubiegłym roku i owszem Gmina zwiozła dwie wywrotki żużlu, który dwóch gospodarzy ze wsi rozrzuciło w początkowym odcinku drogi. Na jakiś czas to wystarczyło. Jednak kiedy nastała deszczowa jesień, ciągniki dojeżdżające do pól i łąk nie tylko zniszczyły naprawiony odcinek, ale jeszcze rozjeżdziły ją w kilku innych miejscach. W tym roku również zwróciliśmy się do burmistrza o pomoc w jej naprawieniu. Może coś zaradzi. Może nie wykręci się brakiem funduszy. Zobaczymy....... Ja się tam nie znam, ale tak sobie myślę, czy nie byłoby taniej, gdyby tą drogę zrobić raz a dobrze, niż co roku łatać ją tak pobieżnie i półśrodkami? Wydaje mi się tylko, że prowizorki są w rezultacie droższe i bardziej pracochłonne. No, ale co ja tam wiem........ W każdym razie teraz czekamy na odpowiedż Gminy, licząc na zadowalające nas rozwiązanie.










      A jak póki co radzimy z tym sobie? Do samochodu zawsze bierzemy kalosze - nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie wypchnąć samochód z błota.  Jeśli zagrzebiemy się na amen, dzwonimy do zaprzyjażnionych sąsiadów ze wsi i wyciągają nas z błota. A kiedy odprowadzam synka do szkolnego autobusu, w torbie zabieram buty na zmianę, coby dziecko do ludzi nie szło w zabłoconych przemoczonych butach. Zdarzało się, że w obawie przed utknięciem, zostawialiśmy samochód na początku drogi i do Domu szliśmy kilometr na pieszo. W przezornie zabranych kaloszach....... z Walcem nuconym w myślach........ ;)